…krok po kroku ,ważne żeby się nie poddawać! #wakeboarding #gym

15 stycznia 2021 | LIFESTYLE

 

Jedni z nas potrzebują przeżyć coś mocnego, co otworzy im oczy, inni dochodzą do tego stopniowo . Ważne, żeby dojść do momentu w którym widzimy nowy początek, nowe możliwości i szanse.

Teraz z perspektywy czasu widzę co u mnie było momentem przełomowym .

Sport zawsze był obecny w mim życiu. Jako mała dziewczynka tańczyłam w zespole , wszystkie zawody sportowe był do odegrania- Kasia nie lubiła nudy a zwolnienie z wf-u przyniosłam dopiero w drugiej klasie liceum, gdy zaszłam w ciążę.

Kiedy zrobiłam pierwszy krok ?

Poszłam na siłownię, zaczęłam od regularnych treningów w StepOne – jako laik totalnie się wstydziłam i nie wiedziałam z czym to się je. Nie chciałam wydurniać się robiąc ćwiczenia o których nie miałam pojęcia, więc najpierw ruszyłam na zajęcia grupowe. Stałam w ostatnim rzędzie i z treningu na trening czułam się silniejsza, czułam przypływ siły i w lusterku korygowałam moje kolejne kroki. Ostatecznie wylądowałam tuż przed lustrem i świetnie się tym bawiłam.

Co dała mi siłownia ?

Pewność siebie, wiarę w to że progres przychodzi stopniowo i nie mogę się obwiniać jeśli nie rozwijam się w jakiejś dziedzinie w tempie jakim oczekiwałam. Każdy jest inny, każdego z nas motywuje coś innego . Czasem trzeba odpuścić, zatęsknić, żeby móc wrócić ze zdwojoną siłą. Mnie motywowało dodawanie story na insta, robienie zdjęć, filmików, porównywanie efektów ale przede wszystkim Wasze reakcje na moje działania, Wasze słowa o tym jak dałam Wam moc żeby ruszyć tyłek z kanapy .

Kontakt z ludźmi

ludźmi świadomymi jak ważne jest tu i teraz znaleźć czas i przestrzeń na zrobienie czegoś dla siebie.

Młodzi ludzie, którzy szukają siebie miedzy bieżnią a hantlami, młode mamy, które chcą wrócić do formy sprzed ciąży, Babcie i Dziadkowie, którzy chcą mieć więcej sił dla swoich wnuków – każdy ma cel! Ja to szanuję .Bardzo ważne jest być sobie wdzięcznym. Za to że rano odpalisz minutową medytacje, przeczytasz rozdział książki, pójdziesz na spacer z ulubioną piosenką. To Ci się należy. Nie musisz przebiec od razu maratonu ( chociaż czemu nie ustawić sobie takiego celu!)  Krok po kroku, codziennie stawiać mały krok.

Ludzie, których tam poznałam wzajemnie się motywowali, wspierali, podawali pomocną dłoń, uśmiechali i dopingowali siebie nawzajem. Cudownie należeć do takiej społeczności która ciągnie Cię  w górę!

Trener personalny – od czegoś trzeba zacząć poważny trening.

Trafiłam na odpowiedniego człowieka – Rafał szeroko otworzył mi oczy. Nie tylko mówił jakie ćwiczenia i w jaki sposób powinnam wykonać. Wyjście na trening to była forma terapii. Śmiałam się na samą myśl, że dziś zrobię więcej pompek, podniosę większy ciężar. Czułam, że mogę wszystko. Ale nie wszystko od ręki.

Czułam, że się rozwijam, uczę, a moje ciało jest mi bardzo wdzięczne.

Szczególnie wtedy (myślę, że rodzice bez problemu mogą sobie to wyobrazić), gdy wychodzisz z auta załadowana torbami z dzieckiem na biodrze i upadają Ci klucze… robisz przysiad z ok 20kg obciążeniem. Ledwo oddychasz, pot kapie z czoła, ale nie odstawię Zuzi bo zdjęła buciki w aucie a ja lubię wyzwania i po prostu muszę wstać. Później była to tylko forma wyzwania i klucze upadające przed drzwiami były dodatkową rozrywka, a pospinane mięśnie brzucha i pośladkom miały okazję się wykazać – ćwicz Mamcia, ćwicz! kolejna wspaniałą okazja i tutaj kwestia nastawienia. A Zuzia z miesiąca na miesiąc lżejsza nie była…

Przyszedł temat diety

– mój trener wiedział, że taka entuzjastka jedzenia jak ja zbuntuje się przy narzuconej misce, więc czekał aż sama to poczuję. Poczułam, że skoro wkładam tyle pracy to bez sensu zakończyć dzień pizzą z podwójnym serem (chociaż nie mówię że tak się nie kończyło czasem dobrego dnia). To musi być proces, styl życia a nie droga przez mękę. Automatycznie po prostu lepiej spałam, mądrzej, lepiej jadłam i czułam się fantastycznie.

Tak, muszę do tego wrócić…

Wiem, że pochłonęło mnie ostatnio mnóstwo innych tematów, a czas intensywnych treningów gdzie pięć razy w tygodniu byłam na siłowni (czasem rano i wieczorem czytając książkę na bieżni) odszedł w zapomnienie, ale to była część procesu o którym chcę Wam opowiedzieć.

Na nowo odkryłam sport

Skoro to moja życiowa forma to czas najwyższy spróbować czegoś nowego!

Namierzyłam cudowne miejsce na mapie – Młynek Tuszyn.

Najpierw przyjechałam tu, żeby zjeść rybkę, pochillować przy smakowym piwku, podziwiać akrobatów na wake’u i spędzić cudowny czas. Oni mają wyspę, imprezy na plaży, zupełnie inny świat. Koniec lata 2019 a ja odkryłam taki raj i to tak blisko mojego rodzinnego miasta.

(do)wody z dystansem

Do wody zawsze miałam dystans. Nie lubię moczyć włosów w jeziorze, nie lubię nie czuć gruntu pod nogami (wodorosty ? bleee). A może to mi się tylko wydaje? Może tak było kiedyś, a dziś dam sobie szanse spróbować na nowo…

Tak, wbiłam się do jeziora, założyłam kask i kamizelkę a Mati (wspaniały gospodarz tego miejsca) totalnie na chillu przekminił mi co mam robić(a czego nie).

Pomyślałam…jak nie teraz to kiedy?

I tak raz, drugi ,trzeci przynurkowałam i po tym jak Mateusz rzucił:

,,Kasia nie pij wody, jest niski poziom…oszczędnie”

ogarnęłam się i popłynęłam. Tym oto sposobem we wrześniu 2019   złapałam zajawkę na wodny sport. Każdy krok cieszył, każdy zwrot na wodzie był meeega! A uczucie bycia na powierzchni to czysta magia i wolność!

Już wiem po co był mi ten trening. Żeby zrobić kolejny, żeby przełamać swój strach, wzmocnić się z każdą glebą na innym levelu i żyć. I nie znaczy to ,że nie wyglądałam śmiesznie i pokracznie jak zaczynałam- oczywiście, że tak. Ale gdybym nie przeszła tego procesu nigdy bym nie była tu gdzie jestem.

Nie mogłam się doczekać kolejnego sezonu…

A Ty na co czekasz? Na myśl o czym przebierasz nogami?


Facebook:

Instagram:

Reklama


Komentarze 0

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *